Mam młodszego brata. Teraz jako mama wychowuję dwóch synów. Mam też wielu znajomych, którzy mają rodzeństwo. Z autopsji, obserwacji i wielu rozmów, dochodzę do wniosku, że rodzeństwo istnieje główne po to, żeby można było się z nim kłócić. Jest jeszcze opcja wkurzania się, wzajemnego szantażowania, robienia sobie na złość i ostatecznie – naparzania się, dopóki rodzice nie zareagują.
Iskry lecą głównie w dzieciństwie, potem często te relacje płynnie przechodzą w bardziej przyjacielskie, a na pewno nie tak intensywne.
Niedawno rozmawiałam z fryzjerką o dzieciach, które oczywiście się kłócą, a nam jest przykro tego słuchać. – Ale wie pani, mój syn i córka to i tak nic w porównaniu z tym, jak się zachowywała moja starsza siostra. Miałam 12 lat, szłam do koleżanki i zwędziłam siostrze z pokoju plakat z Partickiem Swayze. Gdy wróciłam do domu rzuciła się na mnie z pazurami. A ja nie miałam się jak bronić, bo byłam młodsza i słabsza, więc z zemsty porwałam jej ten plakat – opowiada fryzjerka.
Był płacz, krzyki, rodzice musieli rozdzielać dziewczyny. Nie rozmawiały ze sobą dwa dni. – Dziś z siostrą jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, ale tego plakatu to mi chyba nigdy nie wybaczyła – dodaje ze śmiechem.
Moja przyjaciółka na nadgarstkach i przedramieniu ma blizny – pamiątkę po bójce z bratem, która zakończyła się wspólnym rozwaleniem szklanych drzwi w domu. A potem wspólnej wizycie w szpitalu na szyciu ran. Brat przyjaciółki ma podobne blizny na rękach, i podczas rodzinnych spotkań, gdy pojawia się temat rodzeństw i różnego rodzaju niesnasek między nimi, chwalą się swoimi bliznami jak najlepszymi pamiątkami z dzieciństwa.
Z moim bratem też z nostalgią wspominamy kłótnie, siniaki i pyskówki. Ja, gaduła, ciągle się go o coś czepiałam, byłam mistrzynią awantur z byle powodu. On, introwertyk nie umiał przebić się przez mój słowotok i rozładowywał sytuację mocnym albo bardzo mocnym kuksańscem. Ja oddawałam. Brat mocniej, to ja też mocniej.
Wtedy zazwyczaj pojawiał się tata, który rozdzielał nas niczym dwa szczeniaki. Nie wnikał o co poszło (czasem i my tego nie wiedzieliśmy), kazał się przeprosić i rozdzielić. Życie wracało do normy. Ot, takie nasze bratersko-siostrzane przepychanki.
Jednak gdy słucham krzyków moich synów, ich awantur o jego plecak koło mojego biurka. Jakim prawem?!!! O to dlaczego on dotknął mojej bluzy?!?! Dlaczego to JA mam iść teraz z psem a nie ON?! To wcale nie uśmiecham się pod nosem. Nie rozumiem, dlaczego nie chcą się dogadać, po co eskalują każdy najmniejszy problem. Myślę, jak musi im być ciężko. I gdy już mi się wydaje, że coś zrobiliśmy nie tak, skoro nasze dzieci się tak nie znoszą, słyszę jak razem śmieją się nad jakimś filmikiem. Jak starszy tłumaczy młodszemu strategię nowej gry. Widzę, jak pożycza mu termikę na trening. Moje emocje opadają, i przypominam sobie rozmowę ze znajomą psycholożką.
Wytłumaczyła mi, dlaczego rodzeństwa czasem są wobec siebie okrutne. Pozwalają sobie na takie zachowania w miejscu, w którym czują się bezpieczne i przy osobach, które zawsze przy nich są. W domu przejdzie im więcej niż w przedszkolu czy szkole. A awantura z bratem czy siostrą, jak by nie była najgłośniejsza nie spowoduje, że ta druga osoba zniknie z ich życia. Trzeba będzie się z nią pogodzić i dalej żyć. To daje komfort szczerego wyrażania racji i emocji.
Czasem na rodzeństwie sprawdzamy na ile możemy sobie pozwolić. Testujemy umiejętność kłótni i głośnego argumentowania swoich przekonań. A jeśli jedno z rodzeństwa przegnie, sytuacja zrobi się niebezpieczna, wtedy zawsze można liczyć na nich – mamę albo tatę, którzy wejdą, zainterweniują i zarządzą pokój.
Opowiadam tu o kłótniach, które możemy zaliczyć do rodzinnych niesnasek, przepychanek miedzy dzieciakami, które dobrze się kończą i są elementem zrównoważonego rozwoju oraz mają miejsce w bezpiecznym domu. Wiem, że eskalacja takich zachowań może prowadzić do przemocy, która z definicji jest zła.
Jednak, jeśli Wasze dzieci kłócą się i godzą, a wy macie na to oko i reagujecie kiedy trzeba, cóż trzeba to chyba zaliczyć do elementu wychowania.