Imperialne reality show
Witajcie w erze nowego imperializmu, w której nagłówki, klipy i uwaga obserwatorów są niemal równie ważne jak twarde interesy. A może nawet ważniejsze, przynajmniej dla głównego reżysera tego show - Donalda Trumpa. Im wydarzenia są bardziej spektakularne, tym lepiej. A plan na dzień następny? To nie jest ważne, reżyser będzie już gdzie indziej.
Donald Trump pławi się na razie w blasku sukcesu wenezuelskiej operacji. Rzeczywiście, trzeba mu to oddać, niezwykłej. Wizja przyszłości Wenezueli jest jednak w deklaracjach jego administracji dość mglista. W największym skrócie: trzymamy reżimowi pistolet przy głowie, zrobią, co każemy i jakoś to będzie.
Wkrótce Wenezuela przestanie budzić i zainteresowanie i Trump będzie musiał zająć się czymś innym. Grenlandia wydaje się logicznym celem. USA mogłyby się bez problemu dogadać i z mieszkańcami wyspy, i z Duńczykami. To byłoby jednak bardzo nudne rozwiązanie. A amerykański imperator potrzebuje fajerwerków. Dlatego wszystkie opcje są na stole, a najbardziej prawdopodobne są te najbardziej spektakularne. I najgorsze z perspektywy NATO i Unii Europejskiej.