|
Styczeń ma w sobie ten dziwny miks: z jednej strony Nowy Rok i świeża energia, z drugiej — czapka na oczy, ciemno o piętnastej i dom, w którym wszystko jest… mokre. Rękawiczki mokre. Spodnie mokre. Humor zmienny.
I nagle pojawia się temat ferii.
„Może w góry?”
„Może na sanki?”
„Może chociaż na dwa dni, żeby zmienić powietrze?”
A obok tego pytanie, które zna wielu rodziców: „Tylko co tam będzie jadło moje dziecko?”
Mam na to patent, który oszczędza nerwy w podróży (i nie jest żadną rewolucją):
Jedzeniowa pierwsza pomoc: — mała torba/pojemnik z „pewniakami”, które:
Co warto mieć:
-
suchy makaron / krakersy / pieczywo chrupkie,
-
masło orzechowe lub inna pasta (jeśli to Wasz pewniak),
-
owoce, które „zawsze wchodzą” (banan bywa królem dyplomacji, i jeszcze jabłko),
-
jogurt pitny lub mus w tubce, kasza manna na mleku- na zimno w pojemniku ( nabiału nie jemy przed podróżą jeśli dziecko ma chorobę lokomocyjną),
-
ulubione płatki + mały pojemnik (hotelowe mleko zwykle się znajdzie),
-
coś „na ciepło”, jeśli macie termos (zupa potrafi potrafi urakować kiedy dziecko jes rozdrażnione).
-
kabanosy,
-
wafle ryżowe,
-
kanapka,
-
chipsy owocowe,
-
warzywa w słupki( ogórek, marchewka, parpryka)
-
chrupki kukurydzianie,
-
domowe ciasto.
-
jajko na twardo,
-
ruloniki z wędliny i sera,
-
To jest plan B, który daje rodzicom spokój.
Bo gdy rodzic jest spokojny, dziecko też ma więcej przestrzeni.
Jeśli chcesz mieć takich patentów więcej — uporządkowanych, gotowych do wdrożenia, bez presji i bez domowych negocjacji przy stole — to zostawiam Ci mój kurs dla rodziców niejadków:
https://szczesliwedziecko.com.pl/funnel/smak-spokoju-rodzicielska-zlosc-mieso-i-przepisy-ct/smak-spokoju
Trzymam kciuki za ferie, które naprawdę będą odpoczynkiem.
Monika |