Pamiętam Dymeckiego jeszcze ze świetnych ról w warszawskim Teatrze Dramatycznym za dyrekcji Pawła Miśkiewicza, w tym „W imię Jakuba S.” Strzępki i Demirskiego – spektaklu, który zaczynał w polskiej kulturze tak zwany „zwrot ludowy”, a którego „1670” jest dość wybitnym i późnym przejawem.
Dziś Dymecki mówi o tym, jak, dobiegłszy czterdziestki i będąc dość rozchwytywanym artystą, stara się nie zajechać i nie wypalić. Mówi też o tym, jak z husarza został ubekiem – czyli o roli u Władysława Pasikowskiego w „Zamachu na papieża”.
Dymecki, którego bohater z „1670” uważa się za wcielenie atrakcyjności i sukcesu, bo w siedemnastowiecznej wiosce jest nie tylko bogaty, ale i umyty, opowiada również o dorastaniu w transformacyjnej Łodzi i Konstantynowie Łódzkim. „Nie chodziło o to, że ktoś był bogaty czy że miał luksusy, tylko że po prostu próbował przeżyć” – mówi.
Co poza tym w kulturze? Legenda rocka, Bruce Springsteen, nagrał piosenkę o zamordowanym przez agentów ICE pielęgniarzu –
pisze o tym Emilia Dłużewska. A czy ping-pong znów będzie sexy dzięki Timothy’emu Chameletowi, zastanawia się –
oglądając film „Wielki Marty” – Piotr Guszkowski. Zaś Dawid Dróżdż pisze o najnowszym dokumencie tunezyjskiej reżyserki Kaouther Ben Hani
o koszmarze w Strefie Gazy.