Fraza o "niespokojnych czasach" wytarła się już dawno. Podobnie jak hasła: “polikryzys”, “koniec epoki” i “nowe czasy”.
Turbulencje nadchodzą z taką częstotliwością, że mój słownik świeci pustkami. Zamiast zgrabnych zdań mam w głowie mema z Francisem Fukuyamą trzymającym broń i domagającym się natychmiastowego końca historii.
Póki co historia nie chce się skończyć, a my musimy urządzić się w chaosie.
Jak sobie z nim poradzić? Nie wiem. Ale nie warto ślepo wierzyć w jego przeciwieństwo: porządek.
Pisze o tym Lulu Miller, autorka eseju “Dlaczego ryby nie istnieją”. To po części autobiografia, po części historia Davida Starra Jordana, ichtiologa i pierwszego rektora Uniwersytetu Stanforda, a po części przestroga przed manowcami, na jakie wiedzie wiara, że świat da się bezwzględnie uporządkować.
“Lulu Miller już na samym początku zauważa, że chaos to jedyna pewna rzecz na tym świecie. Ale bez obaw – autorka prowadzi nas pewnie, niemal za rękę” -
zapewnia Piotr Cieśliński.
Książka Miller był moim czytelniczym otwarciem roku. Po dwóch miesiącach, nieco już poobijana, biorę się za lekturę innego eseju: “Grom z jasnego nieba” Laury Cumming.
To również gatunkowa hybryda, w której opowieść o postaci historycznej – niderlandzkim malarzu Carelu Fabritiusie – spotyka się z opowieścią o relacji z ojcem. Tak malarza, jak autorki.
Do sięgnięcia po "Grom z jasnego nieba” przekonała mnie Olga Wróbel, którą książka Cumming zachwyciła. “Jej lektura coś trwale we mnie poruszyła, wzbudzając tęsknotę za tulipanami w ogrodzie i jednocześnie akceptację dla mrozu ścinającego oddech” - pisze w najnowszych
“Książkach. Magazynie do czytania”.
Czytajmy więc, bo co nam pozostało.