Strasznym byłam niejadkiem, jako dziecko. Mama i babcia męczyły się - i mnie też męczyły - przy posiłkach. Walka była o każdy kęs. Miałam nawet takie marzenie, że jeśli są anioły, to na pewno kiedyś się objawią i zjedzą za mnie zupę. No, chyba ich nie ma, bo żaden nie przyleciał mnie ratować. Doskonale pamiętam te przedszkolne metody z udawaniem chomika i napychaniem policzków strawą, żeby później pobiec do toalety albo dyskretnie skorzystać z chusteczki i pozbyć się jedzenia. Wdzięczna byłam mojej przyjaciółce Oli za ten patent, z którego obie korzystałyśmy radośnie, ale też i mało dyskretnie zapewne, skoro pani Zdzisia, zwana przedszkolanką (nikt nawet nie myślał wtedy, żeby nazywać ją nauczycielką przedszkolną) zorientowała się i nie spuszczała z nas oka w czasie posiłków. Skończyło się rumakowanie, zaczęły się represje. O, jak dobrze pamiętam, gdy bujałam się smutno nad talerzem, podczas gdy dzieci dokazywały w ogrodzie. Niewątpliwie celowo sadzano mnie przy oknie, żebym mogła dobrze widzieć, co tracę. Czy to mi poprawiło apetyt? Gdyby tak było, sytuacja nie powtarzałaby się wielokrotnie, a tak to zapamiętałam. Oczywiście więcej było z przedszkola wspomnień euforycznych i do dziś z sentymentem wspominam i Olę, i panią Zdzisię, i żółty budynek na blokowisku. Ale akurat wspomnienia obiadów i śniadań w przedszkolu jakoś mnie nie rozczulają.
Później były jeszcze kanapki szykowane mi do szkoły przez mamę, które czemuś lądowały zwykle na dnie plecaka, a mama odkrywała je, gdy były już w stanie mocno nieświeżym. Anegdotyczne stały się też ozdobne osłonki na donice w moim pokoju, w których mama odkrywała spleśniałą zupę, którą wlewałam tam ukradkiem.
Miło, że te doświadczenia nie zdewastowały mojej relacji z jedzeniem na resztę życia. Pozostawiły mnie za to w przekonaniu, że z chudych niejadków wyrosnąć mogą zdrowe osoby typowej budowy, które nie zagłodziły się na śmierć, jak wróżyli im przez lata bliscy. Tak, wiem, że zdarzają się zaburzenia odżywiania, że to problem bardzo trudny do rozwiązania i bardzo delikatny. Nie wolno go bagatelizować. Ale to zupełnie inna sprawa. To nie o tym opowieść, tylko o tym, że czasem rzeczywistość odbiega od naszych wizji. Dorosłym może się wydawać, że szczęśliwe dziecko to dziecko najedzone po dziurki w nosie. Że trzeba wszystko zjadać z talerzyka. Że można zostawić ziemniaczki, ale mięska nigdy. Że jeśli Kasia zjada na śniadanie dwie kanapki, to Zosia też musi dwie. Że jeśli babci jedzenie sprawia przyjemność, to wnuczka też musi lubić jeść często i do syta. No, właśnie nie.
Od 13 lat muszę tłumaczyć, że moja bardzo szczupła córka, od małego wielbicielka ogórków i arbuza, niechętna pizzy i ziemniakom, ma prawo być bardzo szczupła. Robię jej regularnie badania, żeby upewnić się, że jest zdrowa. Że jest silna - widzę. Że zadowolona - też. Bronię jej jak lwica przed życzliwością bliskich, którzy próbują zmusić ją by jadła "tyle ile trzeba". Nie pozwalam komentować, że "nogi jak patyki". Na sto procent nie musiała nigdy marzyć o aniołkach tylko po to, żeby miał jej kto pomóc zjeść niechciany posiłek.