Dzień dobry,
do wyborów parlamentarnych już z górki. Euforia z jesieni 2023 roku dawno przeminęła, politycy zbierają siły przed wyborami w 2027 roku. Wczoraj pisaliśmy, że wygrałaby je Koalicja Obywatelska. Radości po stronie demokratycznej jednak być nie może. Bo to strona narodowa, antyeuropejska i populistyczna, miałaby w Sejmie większość -
wynika z badania, które na zlecenie "Wyborczej" przeprowadziła pracownia Opinia24.
Tak jak cztery lata temu, gdy demokraci zastanawiali się, jak odsunąć PiS od władzy - czy zrobić to samodzielnie, każda partia osobno, czy jednak w bloku z innymi ugrupowaniami, które mają dość dewastujących rządów Zjednoczonej Prawicy - tak samo temat takiej koalicji wróci teraz. Ale czy jest w ogóle sens o demokratycznej koalicji rozmawiać?
Agnieszka Kublik nie zostawia złudzeń: nie ma mowy, by partie, które utworzyły koalicję 15 października – a więc KO, Lewica, Trzecia Droga, Razem – porozumiały się, przymknęły oko na dzielące je różnice, wybaczyły sobie wzajemne grzechy. Umiłowanie wartości demokratycznych to zbyt mało, by polityków ze sobą zjednoczyć.
Ale choć politycy o tym nie myślą, postanowiliśmy sprawdzić, co zrobiliby wyborcy, gdyby jakaś - niekoniecznie szeroka - wspólna lista wyborcza jednak powstała. I już wiemy, że wyniki sondażu w tej sprawie dla większości będą zaskakujące.
Obraz wyłania się z tego ponury. I, niestety, nikt dzisiaj nie da gwarancji, że Polska pójdzie śladem Węgier, które z przedwyborczą dezinformacją wygrały. Przykład sprzed trzech tygodni - wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który uwierzył w fake newsa o tym, że
Péter Magyar upiekł w mikrofalówce szczeniaka - to najlepszy dowód.