brzmi "Śpij, śpij inteligencie". Jego film ma charakter nie tyle informacyjny, co impresyjny i jako taki jest bardziej portretem psychologicznym Lecha niż jego szczegółową biografią, analizą twórczości czy mapowaniem ścieżek kariery.
Poza gęsto wplecionymi w tkankę obrazu fragmentami koncertów – często tak dobranymi, by słowa piosenek stanowiły przypisy do tego, co zostało powiedziane – i kilkoma strzępami wywiadów z przeszłości, praktycznie nie ma tu archiwaliów dotyczących bezpośrednio Janerki i jego scenicznej działalności. Czego nie udało się wykopać z archiwów, dokręcono w formie onirycznych animacji lub fabularyzowanych scenek z wykorzystaniem aktorów – choćby wyprawę smarkatego Lecha z kolegą na lotnisko, by zakraść się do spoczywającego w jednym z hangarów szybowca.
Ta anegdota zainspirowała Brzozowicza do namówienia bardzo już dorosłego, współczesnego Janerkę, by wsiadł do szybowca i dał się ponieść ku niebu. Piękna, efektowna scena, zarazem emblematyczna dla filmu, bo w "Śpij, śpij inteligencie" więcej odlotów niż twardego stąpania po ziemi.
Lech Janerka gra i wyśpiewuje teksty, które
od niemal pięciu dekad dają do myślenia. Jest na polskiej scenie muzycznej zjawiskiem zarazem osobnym i niezwykle inspirującym, o czym świadczy fakt, że na premierowym pokazie w warszawskim kinie Luna, który odbył się w ramach
festiwalu Millennium Docs Against Gravity, wśród publiczności widać było sporo artystów reprezentujących różne pokolenia i środowiska.
"Śpij, śpij inteligencie" jest filmem prawdziwym. Zarazem nie wyczerpuje tematu i nie rozwiązuje zagadki: kim właściwie jest Lech Janerka i czemu to, co robi, jest dla wielu z nas tak bardzo ważne. To dobrze. Niech inni też próbują znaleźć na to odpowiedź.