|
Cześć pol
Opowiem Ci historię, którą podzielił się ze mną pewien inwestor. To była jedna z
jego pierwszych negocjacji, tydzień po szkoleniu.
Zasada po szkoleniu brzmiała: nie podejmuj na razie poważnych decyzji, tylko
ćwicz w terenie. Negocjuj ceny mieszkań, których wcale nie chcesz kupić.
Poszedł do spółdzielni, spojrzał na tablicę ogłoszeń. „Sprzedam mieszkanie 52 m2,
Bielany, 320 tysięcy.” Cena już wtedy była zdecydowanie niska, poniżej rynku.
Przez czterdzieści minut rozmawiał z właścicielem o wszystkim i o niczym. Dopiero
potem zapytał: „Ile tak realnie pan chce za to mieszkanie?”
Właściciel odbił piłeczkę: „Może najpierw pan by zaproponował?”. Inwestor
poprosił jeszcze raz, żeby to sprzedający zaczął. Sprzedający znów odbił.
I tu przychodzi moment prawdy. Inwestor planował zejść z 320 na 250. Ale na
miejscu zrobiło mu się głupio. Walczył sam ze sobą. W myślach zawarł kompromis:
„Powiem 270, i tak będzie bardzo nisko.”
„Wie pan, rozmawiałem z żoną. Patrząc na nasze środki, mogę zaproponować dwieście
siedemdziesiąt tysięcy.” Zamilkł. Płonął ze wstydu, ale nie dał tego po sobie
poznać.
Po dwóch sekundach ciszy padło: „Dwieście siedemdziesiąt to nie, ale za
dwieście osiemdziesiąt mogę to puścić.”
Czterdzieści tysięcy w dół. Jednym zdaniem. Na cenie, która i tak była już niska.
A on przyszedł tylko poćwiczyć.
|