|
Dwoje inwestorów ogląda mieszkanie. Nie targują się długo. Mówią swoją cenę,
słyszą „nie ma mowy”, dziękują i wychodzą. Dwadzieścia minut później dzwoni
telefon: sprzedający schodzi 25 000 zł.
Ludzie opowiadają tę historię jako przykład odwagi. To nieporozumienie. Oni nie
byli odważni. Oni dzień wcześniej obejrzeli drugie mieszkanie, znali jego cenę
i mieli numer do właściciela. Wyjście nic ich nie kosztowało, bo mieli dokąd
wyjść. Cała reszta wydarzyła się w głowie sprzedającego.
1. Rozpoznaj człowieka, nie nieruchomość
Metraż, rok budowy i stan instalacji nie zbijają ceny. Zbija ją to, ile tygodni
wisi ogłoszenie. Ile razy zmieniano w nim cenę. Dlaczego ten człowiek sprzedaje.
I czy osoba, która realnie decyduje, w ogóle będzie na spotkaniu. Bez tych
czterech odpowiedzi negocjujesz po omacku, choćbyś znał wszystkie techniki
świata.
2. Plan B, który ma adres i numer telefonu
Plan B to nie deklaracja, że sobie poradzisz. To konkretna alternatywa: druga
nieruchomość z ceną, drugi dostawca z wyceną na biurku, kontrahent, który
powiedział „tak”. Dopiero wtedy zdanie „to chyba się nie dogadamy” wypowiadasz
spokojnym głosem. Bo nie blefujesz. Jednakże ludzie wyczuwają blef szybciej, niż
wyczuwają argument.
Zabezpieczenie: planu B nie pokazuje się jak groźby. Nie mówisz
„mam inne mieszkanie”, bo to brzmi jak szantaż i zamyka rozmowę. Mówisz: „oglądam
w tym tygodniu jeszcze dwa, więc chciałbym wiedzieć, czy jest o czym rozmawiać”.
Ta sama informacja, zupełnie inny koszt relacji.
3. Czyj kalendarz naciska
Presja czasu jest prawie zawsze asymetryczna i to zazwyczaj ona, a nie argumenty,
ustala końcową cenę. Kredyt z terminem, wyprowadzka, koniec kwartału
u kontrahenta, dwie raty kredytu płacone równolegle. Sprawdź, po której stronie
stołu tego czasu jest mniej, zanim usiądziesz. Jeżeli mniej go masz Ty, pierwszym
ruchem nie jest cena, tylko kupienie sobie czasu.
|