Dlaczego Kaczyński grilluje Morawieckiego, a nie Czarnka
Okazuje się, że środek lipca to czas trudno zrozumiałych decyzji podejmowanych w swoich krajach przez polityków. I to czołowych. Zacznijmy od Ukrainy. Prezydent Wołodymyr Zełenski zdymisjonował Mychajła Fedorowa, popularnego i co najważniejsze, bardzo skutecznego ministra obrony. Ludzie w Kijowie protestują, a komentatorzy zachodzą w głowę, dlaczego Zełenski zdecydował się na taki ruch: „Podobno prowadzona przez niego cyfryzacja przemysłu zbrojeniowego i wszystkich związanych z nim przetargów nie wszystkim odpowiadała w dowództwie armii ukraińskiej” – pisze Rusłan Szoszyn. Konkluzja Szoszyna jest groźna: „W piątym roku wielkiej wojny z Rosją Ukraina przeżywa poważny kryzys zarządzania (…). I to błędne decyzje kadrowe, ewentualne protesty i widmo chaosu w Kijowie mogą okazać się dla Ukrainy groźniejsze niż drepcząca w miejscu armia Władimira Putina”.
Przenieśmy się nad Wisłę, gdzie mamy ciężkie do zrozumienia decyzje Jarosława Kaczyńskiego. Promocja Marka Wocha, postaci okupującej ostatnie miejsca w dowolnych wyborach, łącznie z gminnymi. Potem wprowadzenie zakazu funkcjonowania stowarzyszeń wśród polityków PiS, czyli ultimatum dla Mateusza Morawieckiego. Do tego wszystkiego skarcenie Przemysława Czarnka za jego antyukraińskie wypowiedzi. A przypomnijmy, że Czarnek jest kandydatem premiera coraz bardziej antyukraińskiego PiS. Wszystkie te kropki łączy Michał Szułdrzyński. Naczelny „Rzeczpospolitej” zauważył, że PiS wychował sobie antyukraiński elektorat, któremu słowa Czarnka po prostu się podobają. „Dlatego Kaczyński uznał, że trzeba przekonywać, iż nie było żadnego problemu z wypowiedzią Czarnka, a problemem jest Morawiecki, jego stowarzyszenie i przygotowywana duża impreza integrująca jego środowisko polityczne w formie debat przy grillu” – pisze Szułdrzyński. Ot, i cała tajemnica.