Zaraz zwariujemy. Od Zondy
Ja w tym siedzę trochę głębiej, to u mnie już się zaczęło. Ale opowiem Państwu, co zaraz wszystkich nas czeka. Bo to niechybny efekt ekspozycji na pełne ukrytych celów treści. A z tym, niestety, mamy do czynienia wraz z nasilaniem się politycznej gry wokół afery Zondacrypto.
Najpierw pojawia się dziwne, ogólne osłabienie organizmu, bo choć wielu dziennikarzy wykonuje naprawdę świetną robotę i ujawnia kolejne wątki afery, to spokoju nie daje, pojawiająca się jakby znikąd, niepokojąca myśl, że ktoś próbuje tę pracę śledczą rozgrywać według własnych potrzeb. Trochę ubywa sił, ale człowiek sobie myśli, że to nic poważnego, trzeba robić swoje, nie ma co się jeszcze kłaść do łóżka.
Potem przychodzi ból gardła. Chciałoby się coś powiedzieć, ale nie wiadomo, do czego i przez kogo to zostanie wykorzystane. I boli serce, szczególnie jak się widzi, kto z obozu rządzącego stanął w obronie kryptogangstera. Bolą także oczy, gdy się widzi, ilu, wydawałoby się, porządnych ludzi, próbuje je na to przymykać. I w końcu pada na słuch, gdy premier na sejmowej mównicy wchodzi w buty Zbigniewa Ziobry i ujawnia wyrwane z kontekstu zeznania z toczącego się śledztwa, by tylko uderzyć w politycznych przeciwników. A na koniec boli mózg, gdy prawica brawurowo rzuca się do obrony kolejnych swoich polityków, którzy ewidentnie mają coś na sumieniu, jakby niczego się nie ucząc na wcześniejszych błędach.
Potem, obawiam się, wylądujemy w łóżku. Niestety na oddziale psychiatrycznym. I to cała nasza wspólnota, której już nic właściwie nie łączy. I mimo że tuż za murami szpitala trwa prawdziwa wojna, na oddziale nikogo to nie interesuje. Wszyscy zajęci są własnymi urojeniami.
Choć sprawa prawdziwego lobbingu jak najprawdziwszych gangsterów w prawicowych środowiskach powinna zostać porządnie wyjaśniona. Przez śledczych, a nie psychiatrów.