Nie powiem: dzisiejsza pogoda pozbawiła mnie złudzeń. Przyjścia jesieni nie da się zablokować. Pojawi się i w tym roku, a za nią przywlecze się ta jędza zima. Będą nam gasić światło, skręcać ciepło, podstawiać nogę naszej radości życia. Popołudniowe wyjścia na treningi zrobią się trudniejsze, nie będzie się tak ochoczo wracać ze sklepu okrężną drogą, żeby dobić do 10 tysięcy kroków, nawet czytanie będzie niekiedy wyzwaniem, bo nie raz i nie dwa głowa się zakiwa nad tekstem i w końcu człowiek przyśnie.
Ciemniejsza połowa roku to czas, gdy wiele osób odkłada na półkę pomysły, rezygnuje z nowych inicjatyw. Byle do wiosny, mówimy, byle do wiosny. Wtedy zaczniemy to czy tamto.
Za tym niestety u niektórych z nas idzie poczucie, że gnuśniejemy, a życie jedzie na jałowym biegu. A przecież w naszej kulturze trzeba przeć. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Kto się nie rozwija, ten więdnie. Do tego wokół - zwłaszcza w soszialach - nie brakuje osób, które zawsze sprawiają wrażenie gotowych do biegu, nowego projektu, równego jechania z orką nawet w deszcz i pod wiatr.
Patrząc na dzisiejszy atak jesieni, próbowałam znaleźć w sobie przestrzeń, która pozwoli mi przejść przez gorszą połowę roku w jakiś sensowny, niezbyt bolesny sposób. I przypomniałam sobie wspaniały esej Katherine May “Zimowanie”. May co prawda chodzi tam o zimowanie metaforyczne: o te specyficzne okresy w życiu, gdy czujemy, że trochę się nam wymknęło z rąk i stanęło na poboczu w przypadkowym, niezbyt urodziwym miejscu. Zimować można rzeczy jasna o każdej porze roku, bo takie bezowocne okresy po prostu sięzdarzają. Myślę jednak, że porównanie ich do zimy nie jest przypadkowe, a nawet jeśli, i tak możemy uszczknąć dla siebie trochę nadziei, którą niesie esej May.
Ta brytyjska akademiczka i literatka pisze, że żaden czas nie jest jałowy. Kiedy jesienią patrzymy na łysiejące z dnia nadzień gałezie jabłoni i wydaje nam się, że wszystko zamiera, tak naprawdę tworzą się w niej pąki przyszłorocznych kwiatów. Zimą są już w pełni gotowe i tylko czekają na wiosenne ciepełko, żeby się nam pokazać. Polecam tę wspaniałą książkę, która pokazuje, że nie ma niepotrzebnych czasów w życiu czy to drzew, zwierząt czy ludzi. May znakomicie korzysta z metafory zimy, by dodać nam ducha. Można z tego skorzystać w miesiącach, w których w wielu warstwach odzieży i ciężkich butach chodzi się wolniej, wstaje z łóżka rano trudniej, podejmuje decyzje i wyzwania ciężej i z mniejszym jakby entuzjazmem.
Co nie znaczy, żeby za każdym razem odpuszczać wszystko. Zimą można być nornicą, która z książką i kakao leży pod kocem z książką, można też być jak skandynawska dziewczyna, która pamięta, że nie ma złej pogody, są tylko kiepskie ciuchy. Które można zrzucić, kiedy w drodze do pracy wskakuje się na momencik do lodowatego morza. Grunt to pamiętać, że w zimne i ciemne miesiące życie też płynie.