Jarosław Kaczyński stanął w sobotę przed swoimi zwolennikami,
żeby walczyć o niezależność Trybunału Konstytucyjnego. Jak po katastrofie w Smoleńsku, tak i teraz wołał o prawdę.
"Ta władza wciąż trwa, gdyż kłamie, kłamie i jeszcze raz kłamie. I ciągle są ludzie, którzy są gotowi w to wierzyć. I z tym kłamstwem trzeba skończyć".
"Polska nie jest dzisiaj państwem praworządnym i demokratycznym".
"Musimy zabezpieczyć Polskę raz na zawsze przed takimi wydarzeniami, które mają miejsce w gmachu, przed którym teraz stoimy".
"Prawo po prostu nie obowiązuje, [dziś] obowiązuje wola władzy".
"Władza musi przejść w ręce polskich patriotów".
Słuchałem Jarosława Kaczyńskiego i było mi go nawet szkoda.
On mówił, a ja słyszałem, że to już jego ostatnia szansa na utrzymanie ukochanej partii, na zebranie szabel,
powstrzymanie rozpadu obozu prawicowego, szansa zapisania się w historii, zaznaczenia swojej woli, obecności, zapamiętania...
Ze sceny pod Trybunałem Konstytucyjnym prezes PiS-u wołał o wiatr, który "daj Boże, zmieni się w wichurę, taką dobrą wichurę, która zmiecie to zło, które przeżera Unię Europejską i całą Europę".
Spojrzałem przez okno. Pogoda była piękna, świeciło słońce.