Zajmowałam się ostatnio samodzielnością chłopców. Temat ważny, bo przecież każdy rodzic wie, że wychowujemy dzieci na samodzielnych, odpowiedzialnych ludzi, którzy poradzą sobie w dorosłym życiu. A pod naszymi skrzydłami powinni się tej samodzielności uczyć. Tyle teorii, a jak sprawa wygląda w praktyce?
W ramach przygotowań do artykułu rozmawiałam ze znajomymi mamami o tym, czy dają swoim synom dużą samodzielność. Co ich dzieci robią same? Czy nie mają problemu, żeby oddawać im pole w różnych sprawach? Nie pilnować, nie kontrolować, zaufać.
– Oczywiście, mój Staś jest bardzo samodzielny – odpowiedziała mama 12-latka. – Wychodzi z psem, rozładowuje zmywarkę, kiedy go poproszę.
– A kanapki do szkoły robi sobie sam? – dopytuję.
– Nie, no co ty! Pewnie by zapomniał, albo jakąś koślawą zrobił – odpowiada znajoma. – Nie chcę żeby był głodny w szkole – dodaje.
Z dalszych rozmów dowiaduję się, że 13-letni Filip jeździ sam metrem na dodatkowy angielski i nie tłumaczy się rodzicom z tego, co było w szkole, bo wszystko ogarnia. Ale ósma klasa niebawem, mama szuka sprawdzonego korepetytora z matematyki.
– Filip nie daje rady z matmą? – podpytuję.
– Daje, ale chcę żeby się poczuł pewniej.
– Prosił o pomoc – drążę.
– Nie, ale w sumie to nie mam pewności, czy ta jego czwórka, to taka mocna, czy naciągana. Po co mam ryzykować, że egzamin słabo mu pójdzie – tłumaczy mama.
W podobnym tonie były kolejne rozmowy. Chętnie dajemy samodzielność, ale na naszych warunkach. Nie tyle, ile dziecko potrzebuje, ale ile my jesteśmy w stanie mu jej dać. Najważniejsze, żebyśmy my czuli się komfortowo. Tylko że nasz komfort ma spore wymogi. Nasza pewność, że syn da sobie radę „na wolności” musi być prawie stuprocentowa. Potencjalne niepowodzenia raczej nie wchodzą w grę. Nie zrobi sobie kanapki i będzie chodził głodny – nie ma opcji. Sam ogarnia naukę, ale nie ma pewności jak poradzi sobie na egzaminie – nie ryzykujemy.
Piszę w liczbie mnogiej, bo ja też zaliczam się do rodziców, którzy chętnie dają wolność, ale mają problemy z odpuszczeniem kontroli. Chyba mogę powiedzieć, że nie do końca ufam swoim dzieciom. I nie chodzi o to, że dały mi ku temu powody. W sumie to zawsze stają na wysokości zadania, a jak coś im nie wychodzi, nie przejmują się tym, kombinują, żeby sobie poradzić.
Gdy mój 12-latek ostatnio wsiadł do metra i pojechał nie w tym kierunku co trzeba i wylądował na końcowej stacji na Kabatach, nawet do mnie nie zadzwonił. Dogadał się z panem z obsługi metra, co ma dalej robić, żeby dojechać tam, gdzie chciał. O sprawie dowiedziałam się po dwóch dniach, kiedy syn opowiadał o tym koledze, jak o przepysznej przygodzie. Zapowietrzyłam się, już chciałam wyskoczyć z pretensjami, dlaczego do mnie nie dzwonił, ale jakaś ostatnia rozsądna komórka zatrzymała mnie. Stop. Dał sobie radę. Wiedział, że może do mnie zadzwonić, ale najpierw sam spróbował ogarnąć sytuację. Ogarnął, a teraz jest z siebie dumny. Zrobiłam głęboki wdech i z dumą powiedziałam: „Brawo Jasiek!”.
Chyba czas, żebym wyszła ze swojej strefy komfortu jeśli chodzi o samodzielność moich dzieci.