Czy Sejm zajmie się wkrótce aborcją?
600 dni – tyle upłynęło czasu, odkąd do sejmowej komisji trafiły projekty ustaw liberalizujących przepisy aborcyjne. W tym czasie – jak relacjonuje Wiktor Ferfecki – nadzwyczajna komisja nie spotkała się ani razu. Po co by się miała spotykać, skoro między koalicjantami nie ma porozumienia, a poprzednia próba – czyli głosowanie nad tzw. ustawą depenalizacyjną zakończyła się klęską z powodu sprzeciwu parlamentarzystów PSL i trzech osób z KO. Teraz jednak temat powraca.
Czy to przypadek? Nie lubię teorii mówiących o tym, że sprawami obyczajowymi politycy coś chcą przykrywać, bo to zbyt ważne sprawy, by je traktować jako przykrywki. Ale faktem jest, że sprawa przerywania ciąży budzi ogromne emocje. I może skutecznie odwrócić uwagę opinii publicznej od innych, nawet bardzo poważnych spraw. No bo przecież z punktu widzenia interesów ugrupowań rządzących, lepiej, by obywatele spierali się o przepisy aborcyjne niż by mieli rozmawiać o dostępności usług publicznych, jakości opieki zdrowotnej czy edukacji. Nie mówiąc już o napięciach między koalicjantami.
Przypomnijmy, że jesienią 2020 r. Jarosław Kaczyński doprowadził do procedowania w kontrolowanym przez siebie Trybunale Konstytucyjnym przepisów aborcyjnych, co doprowadziło do niemal całkowitego zakazu przerywania ciąży w Polsce, tylko dlatego, że chciał przykryć konflikty w Zjednoczonej Prawicy, bunty Zbigniewa Ziobry, a także złość, jaką wywołało na wsiach przyjęcie przez Sejm tak zwanej „piątki dla zwierząt”. Kaczyński się wówczas przeliczył. Wielotysięczne protesty przeciwko decyzji Trybunału Julii Przyłębskiej podkopały poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości, przez co trzy lata później Kaczyński musiał się pogodzić z utratą władzy.
Jeśliby ktoś chciał użyć aborcji w celu odwrócenia uwagi od problemów obecnej koalicji, powinien szybko przypomnieć sobie tamtą lekcję.